sobota, 29 stycznia 2011

Arabskie przebudzenie

Tunezja, Egipt, Jemen, Jordania. W kolejnych krajach arabskich wybuchają fale protestów. Gniew ulicy obalił już jednego dyktatora i zagraża kolejnym. Komentatorzy mówią o "przełamaniu strachu", "wiośnie ludów". Do wielkiego wybuchu społecznego niezadowolenia doszło z kilku powodów, ale najważniejsze są te najbardziej prozaiczne - bieda, bezrobocie i brak perspektyw dla młodych pokoleń. Ciekawe, że kluczową rolę w rozprzestrzenianiu się ulicznej rewolucji odgrywa internet i telewizja Al-Jazeera.


- To niespotykana sytuacja - komentuje wydarzenia ostatnich tygodni Jacek Mojkowski, redaktor naczelny tygodnika "Forum". Przyrównuje je do europejskiej "wiosny ludów" z 1989 roku. - To podobny fenomen - twierdzi.

Eksperci o zamieszkach w egipcie


Ludowe tsunami

Pierwsze akordy w arabskiej "wiośnie ludów" zabrzmiały jeszcze w grudniu w Tunezji. Rewolta w tym kraju wybuchła po tym, jak 17 grudnia 26-letni Mohamed Bouazizi podpalił się na znak protestu przeciwko bezrobociu. Wcześniej policja skonfiskowała mu wózek z warzywami i owocami.
Mohamed Bouazizi, który 17 grudnia podpalił się na znak protestu przeciwko... czytaj więcej »
Mężczyzna zmarł w wyniku oparzeń na początku stycznia. Jego śmierć spowodowała lawinę coraz większych protestów w kolejnych miastach Tunezji.

11 stycznia zamieszki dotarły do stolicy Tunisu. Po czterech dniach walk na ulicach miasta rządzący od 23 lat dyktator Zin el-Abdin Ben Ali uciekł do Arabii Saudyjskiej. Ster państwa przejął dotychczasowy premier Mohammed Ghannuszi, który powołał tez nowy rząd. Pomimo zmian na szczycie, protesty nie ustały. Ludzie nadal domagają się całkowitego odsunięcia od władzy wszystkich współpracowników obalonego dyktatora. Rewolucja pochłonęła około 40 ofiar śmiertelnych.

Tunezja: Zamieszki dotarły do stolicy, słychać strzały


Społeczna rewolucja w Tunezji unaoczniła mieszkańcom kolejnych arabskich krajów, że oni również mogą wywrzeć wpływ na swoje władze. W Algierii, Egipcie i Jemenie doszło do ośmiu przypadków samospaleń na wzór Bouaziziego.

Sprzeczne informacje z Tunezji. Według prywatnej telewizji Nessma TV... czytaj więcej »
Druga fala

25 stycznia rozpoczęły się uliczne protesty w Egipcie. Do starć z policją doszło w kilku miastach z czego największe zamieszki wybuchły w Kairze. Brutalna reakcja służb porządkowych nie powstrzymała ludzi. Manifestacje przez kolejne dni przybierały na sile i rozlewały się na następne miasta. W dwa dni służby bezpieczeństwa aresztowały ponad tysiąc osób, a w ulicznych starciach zginęło wtedy według różnych danych 6-8 osób.

Szczególnie krwawy okazał się 28 stycznia, okrzyknięty "piątkiem gniewu". W wyniku starć zginęło co najmniej 20 osób, a 1030 zostało rannych. Armia odparła szturm tłumów na budynek MSZ i siedzibę państwowej telewizji. Na ulicach największych miast pojawiło się wojsko, do Suezu wjechały czołgi. W Kairze z rąk do rąk przechodzi strategiczny plac Tahrir. Późnym wieczorem telewizja wyemitowała orędzie prezydenta. Hosni Mubarak zapowiedział zmianę rządu, ale własnej dymisji nie wziął pod uwagę.

W Egipcie od 30 lat bezustannie obowiązuje stan wyjątkowy i dotychczas wszelkie przejawy sprzeciwu wobec władzy dyktatora Hosni Mubaraka były zdecydowanie tłumione.

Egipska policja skutecznie tłumi antyrządowe protesty


Po dwóch dniach zamieszek, tłumy zyskały politycznego przywódcę. Laureat Pokojowej Nagrody Nobla Mohamed ElBaradei, najpopularniejsi polityk opozycyjny kraju, wrócił do Egiptu i zapowiedział, że jest gotów pokierować "procesem politycznych przemian". - Mubarak służy Egiptowi wystarczająco długo. Nadszedł czas na przejście na emeryturę - oświadczył były szef Międzynarodowej Agencji Atomistyki.

28 stycznia Elbaradei został osadzony w areszcie domowym.



Poza Egiptem, uliczne demonstracje wybuchły również w Jemenie i Jordanii. W tym pierwszym tłumy domagają się ustąpienia prezydenta Alego Abd Allaha Salaha, który rządzi krajem od 32 lat. Ludzie wyszli na ulicę w reakcji na zapowiedzi dyktatora, że planuje zmienić konstytucję, aby rządzić przez kolejne dwie dekady.

W Jordanii kilkutysięczne manifestacje, rzecz nieznana w despotycznej monarchii, zmusiły władzę do reakcji. Król Abdullah II zapowiedział zmiany w rządzie, obniżki cen żywności i reformę prawa wyborczego.

Jemeńczycy też chcą ustąpienia prezydenta


Rewolucja z desperacji

We wszystkich krajach arabskich, w których kolejno wybuchają niepokoje, ich przyczyna jest bardzo podobna. Podłożem niezadowolenia ludności jest przede wszystkim bieda. - Połowa mieszkańców Egiptu żyje na skraju nędzy. Muszą wyżyć za jeden - dwa dolary dziennie - opisuje Mojkowski.

Wściekłość i frustracja. Reżim Mubaraka zagrożony


W wielu arabskich krajach panuje też wysokie bezrobocie. Dotyczy to zwłaszcza najmłodszych pokoleń, które nie widzą dla siebie szansy w skostniałych społeczeństwach.
- Nie ma odwrotu z tej drogi - oświadczył w czwartek po przybyciu do... czytaj więcej »
Gniew ludzi zwiększa to, że reżimy są przeżarte korupcją a dyktatorzy i ich poplecznicy opływają w bogactwa.

Media - "przekleństwo despotów"

Pomimo tego, że bieda, korupcja i bezrobocie istnieją w krajach arabskich od dekad, do tej pory nie dochodziło do tak wielkich protestów. Czynnikami, które doprowadziły do wybuchu, są media i internet. Młodsze pokolenia Arabów są coraz bardziej świadome i doskonale orientują się co dzieje się poza granicami ich kraju. To dodaje im pewności siebie i wiary w możliwość wywalczenia zmian.
Kolejny kraj Bliskiego Wschodu wstrząsany wybuchami niezadowolenia... czytaj więcej »


- Internet i Al-Jazeera to przekleństwo despotów - mówi Mojkowski. Międzynarodowa arabskojęzyczna telewizja pokazała wydarzenia w Tunezji, co uświadomiło między innymi ludziom w Egipcie, Jemenie i Jordanii, czego mogą dokonać. Organizację i wymianę informacji umożliwia natomiast internet. Takie portale społecznościowe jak Facebook i Twitter ułatwiły komunikację - poza kontrolą władz. O zagrożeniu z strony internetu władze jednak doskonale wiedzą. Egipt blokuje dostęp do Twittera i ogranicza działanie internetu na terenie całego kraju.

Na niekorzyść protestujących działa brak zorganizowanej opozycji politycznej. Dekady panowania dyktatorów, którzy wszelkimi sposobami tępili swoich przeciwników, doprowadziły do powstania próżni na scenie politycznej.
Egipska giełda papierów wartościowych zawiesiła w czwartek na jakiś czas... czytaj więcej »


Obawy Zachodu

Uliczne rewolucje w krajach arabskich budzą mieszane uczucia władz państw zachodnich. Oficjalnie panuje poparcie dla demokratycznych przemian i zwiększenia poziomu wolności, ale z drugiej strony złamanie status quo implikuje obawy o przyszłość.

Większość z dyktatorów dotychczas pewnie dzierżących władzę w swoich krajach, w mniej lub bardziej otwarty sposób współpracowała z Zachodem. Dla państw naszego kręgu kulturowego kluczowe było to, że w niemal wszystkich krajach arabskich radykalni islamiści byli i są zdecydowanie tępieni jako niebezpieczna opozycja. Dla Zachodu była to niezwykle korzystna sytuacja, ponieważ nie musiał bać się fali radykalizmu islamskiego w całym świecie arabskim.

Z drugiej strony nadmierny poziom represji i nędzy, generował niezadowolenie oraz skłonność do przyłączania się do ruchów radykalnych. Demokratyzacja może przynieść wymierny skutek: zmniejszenie poziomu niezadowolenia społecznego. Ludzie zaś skupią się na tym, by się bogacić, a nie walczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz